STRONA GŁÓWNA | KONTAKT | MAPA STRONY | SUBSKRYPCJA | Szukaj:
  CZYM JEST OPUS DEI     OD PRAŁATA     WIADOMOŚCI     BIURO PRASOWE     FAQ  
 Jesteś w: Strona główna (Polska) / Wiadomości
WIADOMOŚCI
rozmiar teksturozmiar tekstuDRUKUJPDA (dla palmów)EMAIL

Nieść Krzyż z maestrią

"Św. Josemaría często pytał nas wprost: Ile tuzinów zwyczajnych umartwień znajdujesz?". W Wielkim Poście polecamy zapoznanie się z tekstem na temat "uśmiechniętego ascetyzmu" Założyciela Opus Dei.

22 lutego 2008

Opus Dei -
Fragment książki "Wspomnienia o świętym Josemarii Escrivie - założycielu Opus Dei", Wydawnictwo Księży Marianów. Na pytania o św. Josemarii odpowiada bp Javier Echevarria, Prałat Opus Dei.

-----------------------------------------------------------------------------------------



- Założyciel Opus Dei wspominał w Drodze, 856 o paradoksie kogoś, kto postępuje „drogą dziecięctwa”; chcąc stać się dzieckiem, musi uprzednio wzmocnić swoją wolę, aby stała się mężna. Dlatego wydało mi się teraz słuszne poruszyć temat praktyki umartwienia ciała i pokuty, miłości i Krzyża, skruchy serca.

Bp Javier Echevarria: Ksiądz Prałat Escrivá praktykował wyrzeczenia i pokuty cielesne, ponieważ uważał je za nieodzowny środek do życia w jedności z Bogiem i skuteczności apostolstwa. Bardzo często mówił o modlitwie zmysłów, wyrażanej w umartwieniach ciała i ducha, podejmowanych w duchu zadośćuczynienia, które prowadzą duszę do zanegowania siebie ze względu na miłość.

Wielokrotnie mówił nam o cierpieniu naszego Pana Jezusa Chrystusa. Zwracał naszą uwagę na to, że Bóg, poruszony miłością, w pełni szczęśliwy i absolutnie wolny, wydał się w ofierze za nas, aby wymazać to co niedoskonałe w ludziach: oblatus est quia ipse voluit! („sam pozwolił się gnębić”; Iz 53,7). 1 września 1971 roku tak wyraził to swoje wewnętrzne przeświadczenie: Jestem przekonany, że konieczne jest ukrzyżowanie pamięci, rozumu i woli; istnieje gwóźdź dla każdej z tych władz!

Pragnął, aby kaplica w Rzymie, gdzie zazwyczaj odprawiał Mszę świętą, była przyozdobiona ostami i różami. Od wczesnej młodości powtarzał tę dewizę: per aspera ad astra, którą nawet wykorzystał jako motyw ornamentu. Przy jakiejś okazji, pokazując komuś tę kaplicę, wyjaśnił: per aspera ad astra. Te słowa były dla mnie zawsze jak budzik: aby dojść do Nieba, trzeba cierpieć, upokarzać się, pomijać własne ja, całkowicie pozostawać do dyspozycji woli Trójcy Przenajświętszej!

Chętnie przyjmował umartwienia czynne i bierne. Pragnął, aby Jezus był panem jego życia w każdym momencie: kiedy doświadcza zadowolenia z pracy, lub gdy zderza się z cierpieniem. Myślę, że najlepszym podsumowaniem tej postawy będą następujące jego słowa z 1963 roku: Poprzez nieustanne wyrzekanie się tysiąca szczegółów, trzeba umierać po trochu. Nie trzeba się przerażać: nasze umartwienie ma być tak naturalne jak bicie serca. Nie zauważam w tej chwili bicia mojego serca, ale ono pracuje, bije. No cóż, pewnego dnia zatrzyma się! Wam mówię to samo: wasze życie duchowe, życie waszego serca, to pulsowanie, wysiłek, umartwienie w każdej chwili i trwanie w miłosnym dialogu z Panem, za pośrednictwem Maryi, Józefa i Aniołów Stróżów.

- Jest oczywiste, że to nieustające pulsowanie pociąga za sobą osobisty wysiłek: nie jest czymś naturalnym, automatycznym. A wręcz przeciwnie, na ogół wymaga jakiegoś zaplanowania tych umartwień, dużych i małych.

Często pytał nas wprost: Ile tuzinów zwyczajnych umartwień znajdujesz? Kiedy go poznałem, schorowanego z powodu cukrzycy, zauważyłem, że podejmuje wiele wyrzeczeń aby, z wdziękiem i elegancją, przyjmować skutki tej ciężkiej choroby.

Opus Dei -
Umartwiał się przede wszystkim przez to, że wypełniał jasny plan pracy; rezygnował ze swoich osobistych upodobań; wręcz rygorystycznie podporządkowywał się rozkładowi domowych zajęć, nie zwalniając się z czegokolwiek ani usprawiedliwiając, nawet w przypadku choroby.

Z naturalnością unikał wygodnych pozycji ciała podczas pracy i w trakcie dnia: nie opierał się plecami na oparciach foteli czy krzeseł. Gdy siedział, nie zakładał nogi na nogę. Całe lata, do końca swojego życia, korzystał z wysokiego krzesła, które nie pozwalało mu oprzeć nóg na podłodze.

W 1954 roku w taki sposób opisał ten nieustanny wysiłek w codziennych sprawach, aby je ofiarowywać Panu: Nie mogę się upierać, by polować tu na lwy. Po pierwsze dlatego, że ich tu nie znajdę, a po drugie, jeśli nie stoję na warcie, czujny, odcinając to wszystko, co mnie nie jednoczy z Bogiem, nie będę zdolny dostrzec cokolwiek z tego, o co mnie poprosi. Natomiast szukając tej wrażliwej miłości, pełnej subtelności w rzeczach małych, nasze codzienne życie, od rana do nocy, stanie się służbą, nieustanną pokutą dla chwały Bożej. Ta praca, nad tym co małe, in pauca fidelis!, posłuży nam ponadto ku pokorze, ponieważ wieczorem zawsze dojdziemy do przekonania, że nie mamy żadnych zasług. W rachunku sumienia muszę często mówić: Josemaría jest niezadowolony z Josemaríi. Było wiele rzeczy, które mogłem zrobić, a nie chciałem tego uczynić. Jeżeli nie ćwiczymy się w rzeczach małych, pysznie możemy uznać się za zwycięzców; ponieważ przez to fałszywe doświadczenie możemy pomyśleć, iż w wielkich sprawach na pewno będziemy wierni, pomimo tej codziennej rzeczywistości, w której tak rzadko potrafimy być wielkoduszni. -

Klasyczna zasada chrześcijańskiej ascezy mówi o umartwieniu przy posiłkach. Odwołuje się do przykładu Jezusa, który pościł na pustyni (Mt 4,2), był głodny w drodze (Mt 21,18), czuł się spragniony (J 4,7).


Nawet nie usiłował skosztować jakiejkolwiek potrawy poza godzinami posiłków. Obiady trwały kilka minut, gdy nie przyjmował gości. Od czasu do czasu rezygnował z soli i z cukru do kawy z mlekiem, również po wyleczeniu cukrzycy. Były takie okresy – zawsze za zgodą jego kierownika duchowego – w których przez dwa lub trzy dni był na surowym poście, pił tylko trochę wody i zjadał kawałek chleba.

Nie zostawiał nic na talerzu, nawet gdy coś było niesmaczne czy przesolone, nieświeże czy źle przyrządzone. Starał się nakładać sobie więcej tego, co mu mniej smakowało, a trochę mniej tego, co lubił bardziej. Zjadał produkty nadpsute – jeśli nie było w tym niczyjej winy; ale gdy uznał, że mogą zaszkodzić jego zdrowiu, powstrzymywał się od zjedzenia, lecz nigdy nie poprosił o coś innego.

Podczas wielu posiłków musieliśmy go usilnie prosić, aby wypił wodę, ponieważ podczas dnia pił bardzo mało. To umartwienie znane było w dawnych wiekach, więc czasami postanawiał w tym celu nie wypić więcej wody ponad to, co wypił podczas obmycia kielicha w trakcie Mszy.

Jeśli chodzi o napoje, przez większą część swojego życia nie wypił nawet szklanki wina do obiadu. Z biegiem lat, z powodu niewydolności nerek, lekarz przepisał mu wodę mineralną Fuiggi, bardzo popularną we Włoszech. W ostatnich trzech czy czterech latach swojego życia, także z powodu wskazania lekarskiego, zmienił ja na wodę Evian, zawierającą różne sole mineralne, ponieważ analizy wykazywały, że jego organizm pozbywa się za dużo potasu. To pociągało za sobą umartwienie przyjmowania - poza godzinami posiłków - pewnej ilości wody – litr – jaką wskazali lekarze, ale przy tym ograniczał ilość innych płynów podczas posiłków i musieliśmy go namawiać, aby wypił więcej, szczególnie w okresach, kiedy zaczynały się w Rzymie upały.

Kiedy przyjmował gości - był bardzo gościnny - starał się, żeby przygotowywano bardziej wystawne menu. W tych sytuacjach starał się także jeść to co niezbędne, nie traktował tego jako okazji, aby w czymkolwiek sobie zrekompensować. Szukał raczej tego co mniej smaczne i bardziej proste. Wielu z zaproszonych gości komentowało później, że zbudowała ich jego wielkopańskość, ponieważ ani przez chwilę nie poczuli się czymkolwiek skrępowani, by zjeść tyle, ile chcieli.

- Ale Założyciel Opus Dei podkreślał wagę radykalnego wypełniania obowiązków i służenia z radością innym, zawsze w duchu uśmiechniętego ascetyzmu.


Opus Dei -
Można by wspomnieć wiele innych umartwień z tych, które nie wyniszczają, ale sprawiają, że dusza trzyma się prosto depcząc własne ja w każdej chwili.

Przeżywał chwilę bohaterską podczas zajęć i norm pobożności, zgadzając się na wyznaczony przez kierownika duchowego czas dla każdej praktyki, bez skracania go ani wydłużania.

W obcowaniu z innymi bardzo się starał formą wyrażania się i dobrym humorem prowadzić rozmowę z maestrią, dostosowując się do rozmówców. Tę radość starał się zachowywać także wtedy, gdy czuł się zmęczony. Kiedy coś naprawiał domu, dbał o to, by nie przeszkadzać innym, dlatego unikał wszelkiego hałasu czy trzaskania, na przykład przy otwieraniu czy zamykaniu drzwi. Starał się wchodzić i schodzić po schodach, nie korzystając z windy; ponadto była to dla niego okazja, aby po drodze powtarzać akty strzeliste kierowane do Pana: Abyś ty wzrastał, a ja się umniejszał.

Wśród tysiąca innych drobiazgów uczył mnie też zbierać niedopałki i czyścić popielniczki; prawidłowo ustawiać krzesła w pokoju; zostawiać czyste stoły i przewietrzone pokoje; dbać o to, by meble nie rysowały ścian; by nie otwierać okien bez wcześniejszego umocowania okiennic; by słońce nie wypalało mebli itd. Codziennie troszczył się o te szczegóły, nie myśląc o tym, że jest to obowiązek innych.

Codziennie z rana, do ostatniego dnia, dbał o to, zostawiać swój pokój w możliwie jak najlepszym stanie: meble zawsze stały na swoim miejscu, było czysto, panował porządek i pokój był przewietrzony. Sprawdzał umywalkę, łazienkę i ubikację, aby nie zostawić resztek mydła czy jakiegoś brudu. W ten sposób osoby, które później przychodziły, aby posprzątać jego pokój, nie miały wiele pracy.

Podejmował nieustanny wysiłek, aby żyć miłością, zgodnie z tym, czego nas uczył: Abyśmy oddali się innym naprawdę, bez jakichś dziwactw, bez komplikacji szukając sposobów służenia Bogu z całą wrażliwością i optymizmem. Kiedy dochodzimy do wniosku, że służyć to dla nas honor, i nie pozwalamy, aby nam służono, wówczas wszystko, co robimy, wydaje owoc.

Muszę powiedzieć, że nie uznawał przerw w swoich obowiązkach duszpasterskich, i bardzo staraliśmy się, aby trochę odpoczywał. Nie podobało mu się, kiedy w jego rozkładzie zajęć zostawialiśmy jakieś luki czy wolny czas. Pamiętam, że w Brazylii, w dniu przyjazdu w 1974 roku i po wielu różnych spotkaniach i wizytach – mając świadomość skutków zmiany czasu i zrozumiałego zmęczenia drogą – nie zgodził się nawet na pół godziny bez wyznaczonego zajęcia. W żartach, ale zdecydowanie wówczas wykrzyknął: Jeśli nie dacie mi pracy, wyjeżdżam!

Chociaż wyczerpany, nic nie utracił ze swojego miłego wyglądu. Z doświadczeniem kogoś, kto nieustannie walczy ze swoją fizyczna słabością, wielokrotnie potwierdzał, że najlepszym umartwieniem jest uśmiech.

- Ksiądz Prałat Escrivá był przekonany o skuteczności apostolskiej płynącej ze współodkupującego zjednoczenia duszy z Krzyżem Chrystusa. Warto zatrzymać się na jego osobistej kontemplacji Jezusa cierpiącego, tak pięknie wyrażonej, na przykład w książce poświęconej Drodze Krzyżowej.

Chciał, i wciąż nam to przypominał, abyśmy patrząc na krzyż, rozmyślali o Krwi Chrystusa, wylanej za wszystkich ludzi. To właśnie rozważanie doprowadziło go do naśladowania Jezusa i identyfikowania się z Nim. Tak nam mówił w 1960 roku: Kiedy znajdujesz się bliżej Krzyża, nie bój się, nie słabnij, to pieszczota Pana. Czy zdajesz sobie sprawę, że w relacjach ludzkich zdarza się to samo? Kiedy dwoje osób się kocha, radości i cierpienia jednej są radościami i cierpieniami drugiej. Dlatego, kiedy niesiesz krzyż z maestrią, bądź pewien, że spotkasz Jezusa, a z Jezusem Maryję, na drodze, którą Pan ci przygotował.

Miał wielkie nabożeństwo do Drogi Krzyżowej. Dlatego nam wydało się całkiem normalne, że pewnego roku, w związku ze świętem Objawienia Pańskiego, poprosił, abyśmy mu sprawili w prezencie „przenośną” Drogę Krzyżową, którą zawsze mógłby mieć przy sobie, by kontemplować sceny tak umiłowanej przez siebie Męki Pańskiej.

Wiele razy modliłem się wraz z nim odprawiając Drogę Krzyżową – także w obecności księdza Álvaro del Portillo – i mogłem zobaczyć, z jaką czcią klękał po rozważeniu każdej kolejnej stacji. Miał zwyczaj rozważać sceny drogi na Kalwarię w każdy piątek, a w sposób szczególny w Wielkim Poście.

Zachęcał nas, byśmy mieli zapisane w pamięci tamte momenty, w których dokonało się zbawienie ludzkości. Abyśmy w każdych okolicznościach mogli zająć miejsce w tej scenie jeszcze jako jej  bohater, by pokutować za nasze grzechy, towarzyszyć Jezusowi, czując obowiązek do bycia współodkupicielami.

14 września 1969 roku, gdy pokazywał nam – pełen najwyższej czci – relikwiarz z drzewem Świętego Krzyża, długo nam opowiadał o Męce i Śmierci naszego Pana. Zapisałem kilka fragmentów tej rozmowy: Kochamy – musimy kochać Krzyż, szczerze kochać, ponieważ tam, gdzie jest Krzyż, jest Chrystus ze swoją miłością, ze swoją obecnością, która wypełnia to wszystko... Dlatego, dzieci, mając ducha Dzieła, nigdy nie możemy uciekać od Krzyża, od tego Świętego Krzyża, w którym znajduje się pokój, radość, jasność, siłę... W tym relikwiarzu, który tu przechowujemy, wielbimy kawałek Lignum Crucis, który zachowuje się w Santo Toribio w Liébanie. Biskup z León podarował mi go wiele lat temu. Nie podoba mi się, że mówi się o Krzyżu jako synonimie poniżenia, umierania. Krzyż jest czymś pozytywnym, odkąd Bóg zapragnął dać nam prawdziwe życie za pośrednictwem Krzyża... Po błogosławieństwie, ucałujmy Krzyż, mówiąc z całą szczerością, że go kochamy, ponieważ już nie widzimy w Krzyżu to, co nas kosztuje czy to, co może nas kosztować, ale radość z tego, że możemy oddawać się, ogołacając ze wszystkiego, aby odnaleźć całą miłość Boga... U dołu tego relikwiarza widnieje napis: iudaeis quidem scandalum, gentibus autem stultitiam! („zgorszenie dla Żydów, a głupstwo dla pogan”: 1 Kor 1,23), ponieważ dla ograniczonych, Krzyż jest zgorszeniem i niezrozumieniem.

W 1970 roku zachęcał nas: Tylko wtedy, gdy nieustannie jednoczymy się z Męką Jezusa Chrystusa, będziemy potrafili być użytecznymi narzędziami na tej ziemi, chociaż jesteśmy tak bardzo nędzni. Nie jest możliwe przytoczyć tu te niezliczone myśli, którymi się z nami dzielił. Ale sądzę, że w pewien sposób to, co od niego usłyszałem w Wielkim Tygodniu tego właśnie roku, zawiera w sobie streszczenie jego jednoczenia się z Ofiarą Krzyża: Męka Pańska: stąd spływa na nas cała siła. Kiedy myślę o Męce Jezusa Chrystusa, natychmiast przychodzi mi do głowy to, co uczyniłem przez te czterdzieści dwa lata mojego życia w Opus Dei i przez te inne lata, kiedy On przygotowywał mnie do tego, zanim powstało Dzieło. I widzę, że sam z siebie jestem niczym, mniej niż nic: jestem tylko zawadą. Dlatego każdego dnia czuję potrzebę stawania się małym, coraz mniejszym w rękach Boga. W ten sposób znajduję pocieszenie, tak jak to tyle razy pisałem: no bo cóż robi malec? Oddaje ojcu zepsutego żołnierzyka, starą kasetę, kryształowy korek od karafki. Więc robię tak samo: to mało, które mam, chcę oddawać całkowicie i naprawdę. W ten sposób moja małość, złączona z Męką Chrystusa, nabiera skuteczności odkupiającej i zbawczej: nic się nie traci!

- Ksiądz Prałat Escrivá miał zawsze wielką cześć dla krucyfiksu, co między innymi wyraził w Drodze, 302.

Zalecał nam całować go przed rozpoczęciem pracy i po jej zakończeniu, przed położeniem się spać i zaraz po wstaniu, czyniąc przy tym akt wiary, nadziei i miłości. Również prosząc Pana, by mogło dopełnić się w naszym życiu, jak radzi Apostoł, „to wszystko, czego brakuje Męce Jezusa Chrystusa”.

Osobiście przekonałem się, z jaką czcią każdego wieczoru całował krucyfiks, którym posługiwał się w ciągu dnia, i wkładał go do górnej kieszonki koszuli od piżamy. Pragnął czuć go blisko serca, kiedy przebudzi się w nocy.

W ośrodku w Rzymie, polecił umieścić dwie figurki Chrystusa Ukrzyżowanego naturalnej wielkości. Pierwszy w kaplicy, z napisem zawierającym słowa Piotra bolejącego przez to, iż nie jest w stanie odpowiedzieć na miłość Pana: Domine, tu omnia nosti, tu scis quia amo te! („Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”: J 21, 17). Obok drugiego, usytuowanego w patio, kazał umieścić słowa Psalmu: Quia Tu es Deus fortitudo mea! („Przecież Ty jesteś Bogiem mej ucieczki”: 42,2). Polecił także, aby w Centrum Międzyregionalnym Opus Dei w Rzymie i w sanktuarium w Torreciudad, umieszczono rzeźbę przedstawiającą Chrystusa przybitego do krzyża, jeszcze żywego, z otwartymi oczami, spoglądającymi na tych, którzy przychodzą modlić się przed Nim. W 1970 roku podczas jego pobytu w Meksyku przywieziono mu kilka fotografii przedstawiających makietę tej rzeźby wykonanej z gliny. Potem, w czasie spotkania wyjaśnił nam: Poleciłem wykonanie rzeźby Chrystusa Ukrzyżowanego, ale bez rany zadanej włócznią: Chrystusa jeszcze żyjącego, który kona w najokrutniejszych cierpieniach; i umiera bez sprzeciwu – dobrowolnie poświęcając się – aby wyjednać nam odkupienie i miłość. Chcę, byśmy mogli patrzeć właśnie na ten wizerunek Chrystusa, który w pokoju przyjmuje cierpienie za ciebie, za mnie, za wszystkich; byśmy zdecydowali się odpowiedzieć z całkowitym oddaniem i bez ociągania się, nawet gdyby przyszło nam utracić życie. Poleciłem zrobić makietę, mam fotografię makiety, i jestem wzruszony. Oblicze Jezusa z rzeźby zawiera w sobie wielkie podobieństwo do wizerunków Jego Matki, tych, które rzeźbiarz wykonał wcześniej. Bardzo mi się podobały. Wydało mi się to logiczne, żeby również w tym uwidocznić związek pomiędzy Matką i Synem, pomiędzy Synem i wszystkimi braćmi, którymi jesteśmy my.

- Jego nabożeństwo do krzyża daje się także dostrzegać w siedzibach Ośrodków Opus Dei: ten drewniany krzyż, o którym wspomina w Drodze, 178 i 277.

Myślę, że słowa z 1951 roku wyrażają radosną i głęboką miłość, jaką przeżywał kontemplując mękę Chrystusa: Adorujmy Krzyż. To znak chrześcijanina i znak chrześcijańskiego zwycięstwa. Krzyż i Krew: czymże stało się to drzewo po śmierci Pana! Krzyż nasiąknął Krwią Odkupiciela; dlatego kiedy widzisz Krzyż, pomyśl o Krwi Chrystusa, przelanej za ciebie, i nie odmawiaj Mu tego, o co cię prosi. Kiedy otwieraliśmy pierwszy dom, powiesiłem Krzyż bez Ukrzyżowanego, aby był krzykiem, błaganiem, miłosnym zadośćuczynieniem naszemu Bogu, zaproszeniem do każdego z osobna, by nie lekceważyć cierpień, których doświadcza się w życiu osobistym.

W 1970 roku zwracając się do nas podkreślał, że nic nie powinno odebrać nam odwagi, nawet jeśli wydawałoby się bardzo trudne. Aby ułatwić nam zrozumienie tego, przypomniał nam, że pierwsze rozważanie, jakie uczynił po zakończeniu wojny domowej w Hiszpanii, kiedy już mógł spotkać się z członkami Opus Dei, było właśnie na temat krzyża: Rozumiałem go wówczas, tak samo jak i teraz, jako wyraźny znak Bożego błogosławieństwa. Mieliśmy kaplicę wypełnioną krzyżami. Na ołtarzu, na świecznikach, czternaście krzyży Drogi Krzyżowej, i na fryzie, będącym wykończeniem obicia ścian zgrzebnym płótnem. Pamiętam, że powiedziałem do waszych braci: Jacy jesteśmy odważni! Wypełniliśmy to miejsce krzyżami, aby jeszcze bardziej ukochać krzyż. Dopiero co zakończyły się cierpienia wojny, a my znowu szukamy Krzyża. Jezus nie może nas zostawić. I dodał:- - myślę, że jest to dobre podsumowanie jego życia: Ponieważ zawsze widzę krzyż jako Święty Krzyż, który ani nie upokarza, ani nie powala. In hoc signo vinces! („W tym znaku zwyciężysz!”). Taka jest rzeczywistość: przez Krzyż dochodzimy do posiadania Boga, przez oddanie się Bogu. Bez Krzyża nic nie moglibyśmy uczynić.

- Rozmyślanie o Krzyżu rodziło w duszy księdza Prałata Escrivy skruchę i wzbudzało ducha zadośćuczynienia, które osiągały swój szczyt w praktykowaniu sakramentu pokuty.
 Chciał, by zachowywano się z dużą wrażliwością. Wielokrotnie na różne sposoby starał się przekazać tę myśl: To, co brudzi ośmioletnie dziecko, brudzi też człowieka osiemdziesięcioletniego. Dawał jasno do zrozumienia, że ani wiek, ani czas, ani okoliczności nie usprawiedliwiają zwalniania się z podejmowania osobistych wysiłków, by żyć w obecności Boga.

Był głęboko przekonany o tym, że każdy z nas - tak jak wyraził to Apostoł - jest świątynią Boga. 20 listopada 1972 roku zanotowałem: Wasze serca niech będą niczym tabernakulum, w którym Pan zapragnął się schronić. Pan umiłował nas Miłością nieskończoną, bardzo nas kocha i z naszej strony oczekuje miłości, pokuty za nasze grzechy - i za grzechy innych ludzi – za brak odpowiedzi na Jego miłość. Kiedy miłość jest prawdziwa, nie ma miejsca na brak wrażliwości; grubiaństwo i niedbalstwo świadczą o braku miłości; bezduszność jest koszarową rozrywką.

Pamiętam, jak pewnego dnia 1958 roku, o dziewiątej piętnaście, lekarz, członek Opus Dei, zmierzył mu ciśnienie: „Jest Ksiądz w doskonałym stanie. Ciśnienie jak w podręczniku”. Założyciel odrzekł całą naturalnością: Nie może być inaczej, uczyniłem już tak wiele aktów zadośćuczynienia. Proszę zalecać to chorym, to najlepsze lekarstwo! Ponieważ oprócz tego, że jest prośbą o przebaczenie nam naszych niegodziwości, to jednocześnie każdy akt zadośćuczynienia jeszcze bardziej przybliża nas do Pana, do Jego miłosierdzia, którego On zawsze nam chce udzielać. Żartował, że moglibyśmy uczyć się od Włochów, kiedy twierdzą, co prawda w odniesieniu do kawy, że nie należy jej wypić mniej niż trzy filiżanki i nie więcej niż trzydzieści trzy, z tym, że aktów skruchy nie może być mniej od tej drugiej liczby, a właściwie, musi być ich o wiele więcej! im więcej, tym lepiej!

Zawsze nalegał, abyśmy walczyli z wszystkim, co nas oddziela od Boga. Przypominał, że każdy z nas jest biednym grzesznikiem, dlatego nie powinien unosić się pychą, jeśli coś zostało zrobione dobrze, a nawet bardzo dobrze. Któregoś dnia 1969 roku, po rozmowie na temat optymizmu, mającego swe źródło w przyjaźni z Bogiem, dodał: Dopóki mamy intencję poprawy i będziemy prosić o przebaczenie, idziemy pewną drogą. Każdy dzień daje nam możliwość nie tylko jednego nawrócenia, ale wielu nawróceń! Spójrzcie! Za każdym razem, kiedy staracie się poprawić konkretną sprawę, która źle idzie – chociaż nie było grzechu! – kiedy próbujecie przebóstwiać swoje życie, dokonuje się wasze nawrócenie.

Przystępował regularnie do sakramentu pokuty. Miał tak wrażliwe sumienie, że nie wahał się – bez skrupułów – przystępować do spowiedzi więcej niż raz w tygodniu, kiedy uznał to za konieczne, aby odpowiedzieć na nieustanne przynaglanie łaski. Mogłem stwierdzić jego radość po otrzymaniu tego sakramentu. Wielokrotnie - publicznie i prywatnie – mówił o jego wielkości.

Od dzieciństwa odmawiał modlitwę: „Och, mój Panie Jezu”[1]. Wiedział, że należy prosić o wybaczenie za swoje niedoskonałości i dokładał całych swoich dziecięcych sił, aby wypowiadać tę modlitwę z wielką czcią. Gdy dochodził do słów: „postanawiam poprawę, by nigdy więcej nie grzeszyć”, mylił „poprawę” z „migdałem”[2]; i dodawał, że bardzo lubi migdały: Cóż bowiem mogło być bardziej naturalniejsze, jak dać coś, co bardzo lubiłem, w tej intencji, by nigdy więcej nie grzeszyć, ponieważ moi rodzice naprawdę wpoili mi pragnienie, aby nigdy nie obrażać Pana, i te napomnienia już wówczas przeniknęły do mojej duszy.

W związku z tym powiedział nam w 1968 roku: Nie zapomnijcie o tym, moje dzieci: w tym boskim przedsięwzięciu, że Bóg zaufał nam, Pan „zechce”, jeśli wy chcecie. Kiedy Pan wybacza nam nasze osobiste winy, nie tolerujcie wyrzutów sumienia, które odbierają pokój, ponieważ byłby to brak miłości, brak wiary w sakrament pojednania i oczywisty znak pychy. Cierpieć z powodu braku miłości? Tak! Ale nie roztrząsać nędzy, którą Bóg już zapomniał i oczekuje od was nowej odpowiedzi z nową miłością.

Radził, w końcu, aby wraz z Maryją Panną pogłębiać swój żal za grzechy naszego życia. W 1962 roku tak zachęcał nas: Miejcie ufność w Panu, który nigdy nas nie opuszcza, jeśli my Go nie opuścimy. Nigdy nie czujcie się pokonanymi, nawet gdybyście przegrali jakieś bitwy. W takim przypadku zawsze, z jeszcze większą wytrwałością, musimy powracać do Chrystusa przez ręce Maryi z pewnością, że Ona poprowadzi nas najlepszą drogą.

-------------------------------------------------------------------------------------

[1] Jest to stara modlitwa, która wyraża skruchę za grzechy, i do dzisiaj się ją odmawia. Po hiszpańsku:  Senor mio Jesucristo, Dios y hombre verdadero, Creador Padre, Redentor mío, por ser vos quien sois, Bondad Infinita, y  porque os amo sobre todas las cosas, me pesa de todo corazón  haberos ofendido. También  me pesa porque podeis castigarme con las penas del infierno. Ayudado de vuestra divina gracia, propongo la enmienda de nunca mas pecar, confesarme y cumplir la penitencia que me fuera impuesta. Amen”. (Panie mój Jezu! Prawdziwy Boże i Człowieku, Stwórco Ojcze, Odkupicielu mój. Przez to, że jesteś Najwyższym Dobrem, i ponieważ kocham Ciebie przede wszystkim z całego serca, boli mnie, że obrażam Ciebie. Również boli mnie, że możesz mnie ukarać piekłem. Wspomagany przez łaskę Bożą, postanawiam poprawę, by nigdy więcej nie grzeszyć, spowiadać się i zadaną pokutę wypełniać. Amen) – (przyp. tłum.).

[2] W języku hiszp. są to słowa bliskobrzmiące: enmienda – poprawa i almendra – migdał (przyp. tłum.). 


© 2010, Biuro Informacyjne Opus Dei w Internecie
[ ]   [ ARCHIWUM ]    [ Wersja dla telefonów komórkowych ]
03 września 2010

Wybierz język i kraj.:




Kanał Biura Opus Dei w Polsce na Youtube
Filmy o Św. Josemarii na Youtube
Mapa Opus Dei w Polsce (wersja beta)