STRONA GŁÓWNA | KONTAKT | MAPA STRONY | SUBSKRYPCJA | Szukaj:
  CZYM JEST OPUS DEI     OD PRAŁATA     WIADOMOŚCI     BIURO PRASOWE     FAQ  
 Jesteś w: Strona główna (Polska) / Wiadomości
WIADOMOŚCI
rozmiar teksturozmiar tekstuDRUKUJPDA (dla palmów)EMAIL

60. rocznica przybycia św. Josemarii do Rzymu

23 czerwca 1946, mimo ciężkiej choroby, św. Josemaria przybył do Stolicy chrześcijaństwa na prośbę ks. Alvaro del Portillo, jego bliskiego współpracownika. Z okazji 60. rocznicy tej ważnej daty przedstawiamy szeroki opis tych wydarzeń z niedawno wydanego 3. tomu biografii Założyciela Opus Dei.

19 czerwca 2006

Opus Dei - Ks. Josemaria w Rzymie, 1949 r.
Ks. Josemaria w Rzymie, 1949 r.
Długo oczekiwane listy z Rzymu nadeszły wreszcie w niedzielę 16 czerwca. Don Josemaría, gdy tylko je przeczytał, zwołał członków Rady Generalnej Dzieła. Przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji chciał znać opinię członków Rady.

Wszyscy byli przekonani, że don Álvaro nie prosiłby w tak uporczywy sposób o przyjazd Ojca do Rzymu, gdyby nie było to absolutnie konieczne. Jego nalegania w Kurii znajdowały już bardzo słabą odpowiedź. Było jasne, że jego wysiłki utknęły w martwym punkcie. Nie tyle dlatego, że — jak twierdził w liście — był wyczerpany, co z powodu tego, iż trzeba było podjąć decyzje podstawowe w kwestiach związanych z założeniem Dzieła, a to przekraczało jego kompetencje. Do tej pory kierował się tym, co Ojciec odpowiadał mu na jego listowne pytania. Dalej nie można było tak działać, z powodu delikatności materii, a także trudności w porozumiewaniu się.

Inna jednak sprawa niepokoiła członków Rady: czy założyciel fizycznie jest w stanie znieść trudy podróży, a także ciężar prac, które spadną na niego w samym środku upalnego lata? Wszyscy oni wiedzieli, że cukrzyca stwierdzona jesienią 1944 roku, kiedy pękł mu wrzód na szyi, była coraz bardziej zaawansowana. Według lekarskiej opinii Juana Jiméneza Vargasa, który dokładnie śledził przebieg choroby, «tylko cudem jeszcze żył».

Don Josemaría zdawał sobie sprawę, że jeśli chodzi o chorobę, znajdował się bardziej w rękach Opatrzności niż lekarzy. W miarę, jak upływały kolejne miesiące, a choroba się rozwijała, coraz większa stawała się niepewność, co do jej przyczyn, podobnie, jak to miało miejsce jeszcze w Burgos, gdy wykryto u niego objawy gruźlicy oraz krwotoki z gardła. Nigdy nie byłem w gorszej formie fizycznej i moralnej pisałdo don Álvara 13 czerwca 1946 roku. Sytuacja ta bardzo przypominała tamtą z czasu rekolekcji w klasztorze Santo Domingo de Silos, we wrześniu 1938 roku. Widzę, że — pisał wówczas —nie tylko nie jestem zdolny popychać Dzieła naprzód, ale niezdolny siebie samego zbawić. [...]. Nie rozumiem tego! Czy nadejdzie choroba, która mnie oczyści?.

Prawdopodobnie tutaj kryje się sens owego tajemniczego zdania z listu, który kilka tygodni wcześniej pisał do Rzymu: Coś sprawia, że ta sytuacja przypomina mi tamtą: nie wiem dlaczego... Ależ tak, dobrze wiem dlaczego. Założyciel wracał pamięcią do czasów Burgos i tam szukał korzeni jakiegoś przeczucia.

Widząc, w jak kiepskim jest stanie fizycznym, udał się po poradę do lekarza. 19 maja 1946 roku doktor R. Ciancas zrobił mu badania, stwierdzając znacznie podwyższony poziom cukru w moczu. Tego samego dnia zbadał go znany internista, dr Rof Carballo, który potwierdził cukrzycę i zalecił, żeby zrobić krzywą poziomu cukru.

Jednomyślna opinia członków rady brzmiała, że podróż do Rzymu jest konieczna. Oznajmili to Ojcu, który im podziękował i wytłumaczył im, że widział jasno w obecności Boga, że musi jechać do Wiecznego Miasta, jakakolwiek by była ich decyzja.

W poniedziałek zaopatrzył się w listy uwierzytelniające w nuncjaturze, a także – by uniknąć nieprzewidzianych niespodzianek – udał się ponownie do doktora Rofa Carballo, który odradził mu przeprowadzkę do Rzymu. Na osobności dr Rof Carballo zapowiedział Ricardowi Fernándezowi Vallespínowi, że jeśli – mimo to – chory przedsięweźmie tę podróż, nie bierze odpowiedzialności za jego życie, ponieważ wystawia się na bardzo poważne niebezpieczeństwo.

Nie istniały stałe połączenia lotnicze z Włochami, a ponieważ granica francuska była zamknięta, jedynym sposobem doistania się do Rzymu było połączenie morskie z Barcelony do Genui. José Orlandis miał towarzyszyć Ojcu w tej podróży. Wczesnym popołudniem w środę, 19 czerwca, wyjechali samochodem z Madrytu. Samochód, małą Lancię, prowadził Miguel Chorniqué. Tę noc spędzili w hotelu w Saragossie.

Następnego dnia wypadało Boże Ciało. Don Josemaría odprawił mszę w kaplicy bocznej kościoła pod wezwaniem Santa Engracia, w której uczestniczyli członkowie Dzieła znajdujący się w Saragossie. I jak to miał w zwyczaju, pomodlił się przed Matką Boską del Pilar, przypominając sobie lata, przez które powtarzał w duchu akt strzelisty: Domina, ut sit! (łac. Pani, niech się stanie!) W drodze do Barcelony zajechali do klasztoru w Montserrat, by powierzyć się opiece Moreneta i pozdrowić opata Escarré, z którym był już bardzo blisko zaprzyjaźniony. Tego dnia nocował w mieszkaniu przy ulicy Muntaner, w La Clínica, jak nazywano ośrodek.

Rano, przed odprawieniem mszy, Ojciec poprowadził medytację dla swoich synów w kaplicy. Treść modlitwy dawała wyraz głębokiemu cierpieniu. Była to długa synowska skarga, prosta i przepełniona wiarą, w poszukiwaniu odpowiedzi z Nieba, przepojona nadzieją, że Pan nie może opuścić swoich uczniów w niebezpieczeństwie. Co z nami będzie? – mówił używając słów świętego Piotra «Ecce nos reliquimus omnia et secuti sumus te; quid ergo erit nobis?» (Mt 19, 27):

Panie — wołał Ojciec — czy mógłbyś pozwolić na to, bym w dobrej wierze oszukał tyle dusz? Przecież wszystko to robiłem dla Twej chwały, i zeświadomością, że jest to Twoją wolą! Czy jest możliwe, by Stolica Święta mówiła, że przyszliśmy o sto lat za wcześnie? Ecce nos reliquimus omnia et secuti sumus te...! Nigdy nie było moją wolą nic ponad to, by Ci służyć. Czyżby teraz miało się okazać, że jestem oszustem?.

I tłumaczył nieustępliwie Panu, używając argumentów pełnych miłości, że rzeczywiście porzucili wszystko, by za Nim podążyć:

Co masz zamiar z nami teraz zrobić? Nie możesz porzucić nas, którzy Ci zaufaliśmy!.

I w ciągu całej tej modlitwy, pełnej próśb, prosił też o wstawiennictwo Matkę Boską Łaskawą.
Tego samego ranka odwiedzili kościół pod takimż wezwaniem, znajdujący się blisko portu, by powierzyć Maryi tę podróż.

O jedenastej rano Ojciec i José Orlandis znajdowali się już na nabrzeżu, by wejść na pokład. Musieli jednak wrócić do “La Clínica”, ponieważ uporczywy deszcz opóźnił załadunek na statek ładunku bananów i owoców wysyłanych do Szwajcarii. Nieco przed szóstą po południu, gdy zakończono załadunek towarów, a pasażerowie, poczta i cała dokumentacja znaleźli się na pokładzie, rozpoczęto manewr wyjścia z portu statku “J.J. Sister”, motorowca z 1896 roku o wyporności ponad tysiąca ton. Kiedy wyszli w morze, fala nie była zbyt wysoka, wiał lekki wiatr i padał drobny deszcz.

Opus Dei - Ks. Josemaria z Papieżem Pawłem VI, 1960 r.
Ks. Josemaria z Papieżem Pawłem VI, 1960 r.
Dostać kajutę nie było łatwo. Jedyna, jaką udało im się w ostatniej chwili zdobyć znajdowała się wewnątrz statku, była bardzo ciasna, i zaopatrzona była w dwie koje, umieszczone jedna nad drugą, oświetlona tylko kilkoma słabymi żarówkami i nie mająca innej wentylacji prócz niewielkiego wentylatorka – nie było bulaja, przez który można by było wpuścić trochę świeżego, morskiego powietrza. W porze kolacji zaczęło bardzo bujać statkiem, który musiał się zmagać z silną falą. Ojciec poczuł się źle i położył się na dolnej koi w swej kajucie.
Z lektury dziennika pokładowego wynika, że nic szczególnego nie wydarzyło się w trakcie pierwszej doby podróży z Barcelony do Genui. Kapitan, stary wilk morski, zamyka opis wypadków tej doby następującymi słowami: «Godzina 24.00 - dzień dzisiejszy kończy się bez zmian. Na pełnym morzu - 21-6-46. — Kapitan (podpis)».

Wydarzenia dnia następnego, 22 czerwca, który właśnie się rozpoczynał, a których opis w dzienniku kapitan zakończył po dopłynięciu do portu w Genui, to już zupełnie inna historia:
«Rozpoczęliśmy dzisiejszą dobę z lekkim chłodnym wiatrem z NNW i wysoką falą, które przybierają powoli na sile. W miarę jak płyniemy, wiatr robi się coraz chłodniejszy i przybiera na sile z NNW, podnosi się bardzo wysoka fala, zmuszając statek do gwałtownych przechyłów. Przez pokład przelewają się wciąż fale. Luki pokładowe mamy pozamykane, aby woda nie dostała się do ładowni, ale nie możemy uniknąć, by nie nasiąkały owoce, które są na pokładzie na rufie, gdyż przelewające się wciąż przez pokład fale docierają nawet tam».
Z dalszej lektury dziennika pokładowego dowiemy się, dlaczego kapitan tak się rozpisał na temat wydarzeń tej doby:

«Z tego powodu złożę protest przeciwko odpowiedzialnym za załadunek, wobec odbiorców i innych osób, ze względu na wszystko, co stanie się z ładunkiem podczas podróży oraz na uszkodzenia, jakich może doznać statek».

Z całą pewnością uszkodzenia musiały być istotne, ponieważ jest to jedyny raz, gdy w dzienniku odnotowany jest protest, złożony na wniosek kapitana przez władze sądowe Genui, 24 czerwca 1946 roku.

Wydarzenia, widziane oczami pasażera, przedstawia José Orlandis w liście wysłanym do Hiszpanii z Rzymu 26 czerwca. Ojciec polecił mu, by opisał wszystko obszernie i ze szczegółami. Rozpoczął więc pisanie listu nazajutrz po przyjeździe - 24 czerwca.

«[...] Po kolacji dało się odczuć niepokojące kołysanie, które zmusiło nas do jak najszybszego udania się do łóżka. Na całe szczęście, ponieważ zamieszanie, jakie wkrótce wynikło było naprawdę pierwszorzędne. Ojciec mówi, że to diabeł zamieszał ogonem w Zatoce Leontyńskiej i wywołał najstraszniejszą burzę, jaką pamiętam, chociaż przecież pochodzę z wysp i Morze Śródziemne nie jest mi obce. I pomyśleć, że to był pierwszy rejs Ojca! Spędziliśmy 10 czy 12 godzin w prawdziwym piekle. Morze chwyciło nas w swe łapy i statek z takiej pozycji [tu kilka obrazków] przechodził do takiej. Nie słychać było nic poza odgłosami tłukących się naczyń i mebli miotanych z jednego miejsca w drugie, krzykami kobiet […]; oraz odgłosami pracy pomp bez ustanku wybierających wodę, która wdzierała się ze wszystkich stron: w pierwszej klasie zalało biura, w drugiej można było w kajurach brodzić po kolana w wodzie, pokład znajdował się dosłownie pod wodą. Wyszedłem na mostek, żeby zobaczyć, co się dzieje, ale wróciłem natychmiast do kajuty, żeby nie widzieć tego widowiska, idąc za znanym wszystkim przykładem strusia, chowającego głowę w piasek. Ojciec cierpiał strasznie te kilka godzin i zdołał tylko powiedzieć: Pepe, coś mi się zdaje, że wrócimy do Madrytu w charakterze dorsza. O co się założysz, że Pedro w życiu już nie spróbuje rybki? Ostatecznie koło 10 czy 11 rano w sobotę burza ucichła, chociaż morze było bardzo wzburzone, aż do samego portu w Genui».

Ojciec przez całą noc nie zmrużył oka. Cierpiał w duchocie panującej w kajucie, nękany nudnościami towarzyszącymi chorobie morskiej. W zamieszaniu panującym na statku nie można było mu zrobić zastrzyku z insuliny przepisanego przez lekarza. W sobotę przed południem burza się uspokoiła i morze stopniowo przeszło w stan lekkiego tylko falowania. Przestało padać, wczesnym popołudniem wyjrzało słońce i można było nawet dostrzec zarys wybrzeży Francji. Ojciec zjadł jedyną rzecz w trakcie całej podróży – kilka ciasteczek, które popił kawą z mlekiem. Potem wyszedł na pokład odetchnąć świeżym powietrzem po dwudziestu godzinach spędzonych we wnętrzu statku. Blisko przepłynęło stadko wielorybów. Był to niezwykły widok na tych wodach Morza Śródziemnego, jak im powiedzieli marynarze. Zażywali właśnie świeżego powietrza, gdy z mostku marynarze dostrzegli minę dryfującą przed dziobem statku. Ta niebezpieczna pamiątka po wojnie musiała od ponad roku dryfować, unoszona falami.

Zawinęli do portu w Genui z sześciogodzinnym opóźnieniem. O wpół do dwunastej w nocy zeszli ze statku. Szybko załatwili formalności na policji i na cle, podczas gdy don Álvaro i Salvador Canals czekali na nich niecierpliwie. Pierwsze słowa Ojca były ciepłym powitaniem skierowanym do don Álvara: — Oto jestem, bandyto. Postawiłeś na swoim!

Zatrzymali się w hotelu “Columbia”, nie mogąc jednak nic zjeść, bo jadalnia była już zamknięta. Zamiast kolacji, Ojciec zjadł z apetytem maleńki kawałek sera, który mu przyniósł don Álvaro.

Była już niedziela, 23 czerwca 1946 roku. Ojciec i don Álvaro odprawili mszę w pobliskim kościele i wyruszyli do Rzymu wynajętym samochodem. Zjedli obiad w Viareggio i bez kłopotów dotarli do miejsca, z którego widać już było Rzym. Kiedy Ojciec dostrzegł na horyzoncie w świetle zachodzącego słońca zarys kopuły bazyliki Świętego Piotra, wyraźnie się wzruszył i odmówił na głos Credo. Myśl, że jest już w Rzymie, realność tej chwili, tak niecierpliwie oczekiwanej, obudziła w jego umyśle wspomnienia z dawnych czasów, mniej i bardziej odległe. Nie przestawał o tym myśleć. Był w Rzymie. Czuł, że jest w Rzymie. Raz czuł się jak cudzoziemiec, innym razem jak ktoś tutejszy powracający do Ojczyzny. Tak naprawdę słowa Postawiłeś na swoim...”, skierowane do don Álvara, wypowiedział także do siebie samego.

O wpół do dziesiątej dojechali do domu, do mieszkania na Piazza della Città Leonina 9. Naprzeciwko, oddalony o kilka metrów, wznosił się mur otaczający pałac watykański, a także zamek Świętego Anioła. Ponad murem wznosiło się przejście zbudowane przez papieża Aleksandra VI. Gdyby Watykan został otoczony, jego mieszkańcy mogliby uciec i schronić się w zamku. Po podpisaniu traktatów laterańskich Watykan zakupił nieruchomości przylegające do pałaców papieskich i wzniósł domy, które wynajmował na własną rękę, aby zapewnić sobie dobre sąsiedztwo. Mieszkanie, które znalazł don Álvaro niedługo przed przybyciem Ojca do Rzymu, znajdowało sie na najwyższym piętrze budynku i miało duży balkon, rodzaj ogrodzonego tarasu, który wznosił się nad placem Świętego Piotra, ponad kolumnadą Berniniego. Bardzo blisko widać było rozjaśnione okno prywatnej biblioteki papieża. Widok ten był kolejnym wstrząsem dla Ojca i całkiem odebrał mu sen; podczas gdy inni udali się na spoczynek, pokonani przez zmęczenie podróżą, Ojciec został na tarasie.

Podczas podróży w deszczu Ojciec modlił się za papieża. Tego 23 czerwca doświadczał gorącego pragnienia, by jak najszybciej dotrzeć do Wiecznego Miasta. Dlatego tak bardzo wzruszył go widok zarysu kopuły bazyliki Świętego Piotra. Ileż to lat ożywiała go nadzieja videre Petrum (łac. aby zobaczyć Piotra). W Drodze zapisał to właśnie pragnienie:

Katolicki, Apostolski, Rzymski!Cieszę się, że jesteś bardzo rzymski. I że pragniesz odbyć swoją “pielgrzymkę do Rzymu”, videre Petrum, aby zobaczyć Piotra.

Teraz w zasięgu wzroku miał okna apartamentów papieskich, okna, w których jeszcze paliło się światło. Wyobraźnia wzbudzała w głębi jego serca to głębokie uczucie, któremu także dał wyraz w Drodze:

Opus Dei - Bazylika św. Piotra
Bazylika św. Piotra
Dzięki Ci, Panie Boże, za miłość do Papieża, którą rozpaliłeś w moim sercu.

Jakiż był wzruszony! Jego uczucia były tak silne, że jego dusza potrzebowała przestrzeni, by doznać ulgi. Czas mijał i światła w pomieszczeniach pałacowych zaczynały gasnąć jedno po drugim.


© 2010, Biuro Informacyjne Opus Dei w Internecie
[ ]   [ ARCHIWUM ]    [ Wersja dla telefonów komórkowych ]
03 września 2010

Wybierz język i kraj.:




Kanał Biura Opus Dei w Polsce na Youtube
Filmy o Św. Josemarii na Youtube
Mapa Opus Dei w Polsce (wersja beta)